Zambia
![]()
List od ks Piotra
LIST NA BOŻE NARODZENIE 2025
Likumbi, 17.grudnia 2025
Początek drugiego okresu Adwentu.
Po tylu latach spędzonych w Zambii nie zauważam wielu rzeczy, które są tu inne. Dopiero wizyta gości i ich zadziwienia i pytania przypominają mi moje pierwsze spotkanie z Zambią, a szczególnie ten czas grudniowy, tak mocno powiązany z Adwentem i Bożym Narodzeniem.
Przede wszystkim Adwent w Zambii to początek pory deszczowej. Więc ludzie są bardzo zajęci
uprawą pól, jak kiedyś w Polsce na wiosnę; dlatego ich obecność w kościele jest też dużo mniejsza. Wielu z nich ma swoje pola dość daleko od domu, więc na czas pracy pozostają tam
w prowizorycznych domkach. Grudzień to także czas wakacji dla dzieci. Wiele dzieci jest więc
u swoich krewnych poza Likumbi .
Wszystko rośnie, zieleni się, kwitnie. Z ziemi wychodzą robaki i lecą do światła, wtedy dom i te miejsca które są oświetlone są do zamiatania, bo skrzydełek po termitach jest tak dużo jakby spadł w nocy śnieg. Jak czasem trzeba odprawić w nocy mszę, jak na pasterkę, to często ołtarz jest pokryty mnóstwem robactwa. Ale o deszcz modlimy się, bo bez niego jest tragicznie, bo to pociąga za sobą głód. Deszcze w tym roku padają dość dobrze i obficie, ale ma to skutki uboczne: drogi są zniszczone, grząskie, a w okolicznych kałużach mnożą się komary, które przenoszą malarię.
Klimat - choć deszczowy - to jest gorący. Jak nie pada, to temperatura rośnie do 30 stopni. A jak pada, to spada do kilkunastu. Ale deszcze, choć często bardzo obfite, nie trwają dłużej niż od 1-3 godzin. Czasem pada cały dzień, ale to wyjątki. Często jest to związane z burzami i wyładowaniami elektrycznymi. Więc słupy elektryczne i linie przesyłowe dodatkowo są niszczone, a to powoduje jeszcze częstsze przerwy w dostawie prądu, który jest tu limitowany na 3 – 6 godzin na dzień
o nieprzewidywalnych porach.
To jest też powodem, że wiele zwyczajów adwentowych i bożonarodzeniowych z naszej, polskiej tradycji, nie sprawdza się. Nie ma rorat, choinek, ani zabaw w śniegu. Dla wielu ludzi padający deszcze jest wystarczającym powodem, by nie przyjść do kościoła na Boże Narodzenie. Bo większość ludzi nie ma parasoli (czasem jeden na liczną rodzinę), nie ma też odzieży nieprzemakalnej. A jak się dzieci, czy dorośli przemoczą to chorują, a jak chorują to trzeba iść do przychodni,
a w przychodni często poza panadolem nie ma nic, bo to czas częstych chorób. A jak się choruje, to kto będzie pracował w polu, bo jak nie ma pracy to nie ma potem jedzenia, ani pieniędzy, by wyposażyć dzieci do szkoły.
Tak - szkoła to kolejny wielki temat i bardzo trudny. Najbardziej smutne są efekty nauki. Bo warunki nauki są często tragiczne, wyposażenie edukacyjne często ogranicza się do tablicy, tak zniszczonej, że niewiele widać. A ławki do siedzenia są dla nielicznych. Zeszyt i ołówek to też nie zawsze jest w tornistrze, jeśli jest jakiś plecaczek. Podręczników nie ma nikt poza nauczycielem. Potem przepełnienie sal tak duże, bo sal i nauczycieli mało, a dzieci dużo, że często jest ponad 100 uczniów w klasie. I choć dzieci są grzeczne i posłuszne to czasem tak bardzo, że nie mają odwagi zapytać jeśli coś jest niezrozumiałe. A nauczyciel woli wyłożyć temat niż do każdego przychodzić
i tłumaczyć. A potem jak bogatsi rodzice chcą edukacji dla dzieci to płacą nauczycielom za dodatkowe zajęcia – korepetycje. Więc lepiej nie uczyć dobrze, bo wtedy będzie więcej chętnych na korepetycje. No i ostatecznie to bardzo nieliczni potrafią czytać i pisać, a w Likumbi to 30 % zdaje testy egzaminacyjne i potem można się uczyć w średniej szkole. Jak są rodzice lepiej sytuowani to posyłają dzieci do rodziny w mieście, gdzie często poziom nauczania jest trochę lepszy.
A poza tym po co umieć czytać? Bo co czytać? Książek, czasopism nie ma w sklepach w Likumbi. Jedynie w kościele są księgi, lekcjonarze, podręczniki do katechezy. A wystarczy, że potrafią się podpisać to kopiując dowód tożsamości (często w nim nie ma podpisu, tylko linie papilarne kciuka) można uzyskać kredyt na otrzymanie nasion i nawozów, które po uzyskaniu plonów trzeba spłacać,
a nie jest to tanie. Jak nie ma plonów to sytuacja staje się tragiczna i zadłużenie rośnie.
Nasza szkoła przy parafii tworzy nowe poziom nauczania. Mamy ławki, małą ilość uczniów w klasie, a nauczyciele są pilnowani i sprawdzani, czy wykonują obowiązki. Dostają mniej w wynagrodzeniu niż w państwowej szkole (nawet 4 razy mniej), a pracy mają więcej niż inni. Staramy się wyposażać nauczycieli w podręczniki metodyczne i różne plansze, książki, biblioteczkę. Organizujemy w czasie wakacyjnej przerwy szkolenia metodyczne, bo wielu nauczycieli nie jest przygotowanych dobrze do uczenia, a także mamy wolontariuszy po szkole średniej. Naszym misyjnym wyzwaniem jest cel
z klasycznej edukacji: PRAWDA, DOBRO, PIĘKNO. Dbamy więc o edukację wszechstronną: ciała, umysłu i serca. Naszym mottem są słowa: „Poznacie Prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Powstawanie szkoły jest dla mnie nadzieją, że w przyszłości będzie tu dużo dobrych liderów do prowadzenia parafii, ewangelizowania, katechizowania i nawracania tych z innych kościołów, a jest ich bardzo dużo.
Póki co to wiele pracy nas czeka: budowa 6 budynków szkolnych, w tym sanitariaty i administracja; zbieranie dobrej odpowiedzialnej kadry nauczycielskiej (trudno znaleźć nauczycieli katolików); tworzenie naszego systemu nauczania, który będzie wypełniał standardy zambijskie i przekraczał je, by dzieci były nie tylko wyedukowane, ale dobrze przygotowane do najważniejszych działań, czyli zakładania dobrych, zdrowych rodzin z licznych dobrze wychowanym potomstwem, które będzie gotowe wiarę rozszerzać, budując Królestwo Boże w parafii Chrystusa Króla. Tak - podstawą jest rodzina, oraz rola matki i ojca do których nie są przygotowani i nie potrafią rozwiązywać licznych problemów małżeńskich: niewierność, przemoc, wykorzystywanie innych, bigamia, wydawanie do ślubu nieletnich dziewcząt, a przede wszystkim wielka bieda moralna (alkoholizm, kradzieże, kłamstwa) edukacyjna, wiary (często magiczno – okultystyczna). Jest tu tradycja, której nie da się wyplenić, że jak dziewczyna wychodzi za mąż to musi iść za wiarą męża.
Dlatego ostatecznie to celem założenia szkoły jest pogłębienie wiary, by była rozumna i głęboka, wpływająca na życie codzienne, które realizuje się w rodzinie. Edukacja jednak często niszczy wartości tradycyjne, które tu zawsze wprowadzały jakiś naturalny porządek. Efekt jest taki, że wykształceni nie potrafią często zawierać dobrych miłujących się związków, ale często jest to oparte na dobru materialnym i przyjemności życia. Więc ludzie wykształceni nie pobierają się, wiele nauczycielek ma bardzo mało dzieci, a najczęściej dzieci są bez ojców. Rozwodzą się, tworzą nowe związki, a dzieci widząc takie wzory nie mają przykładu jak tworzyć małżeństwo w przyszłości.
Kiedy ostatnio popatrzyłem na statystykę przyrostu naturalnego, to choć rośnie, to ostatnie lata ten poziom urodzeń idzie w dół. A choć aborcja oficjalnie nie jest zabroniona, to są takie miejsca, szpitale, przychodnie gdzie dość łatwo można to zrobić tłumacząc się problemami zdrowotnymi
i zagrożeniem życia. Rozwiązłość obyczajów jest bardzo duża, ale nie idzie to w zbyt mocno
w stronę homoseksualizmu.
Te różne problemy i wyzwania stawiają mnie przed zadaniem zadbania o rozwój i pogłębiania wiary moich parafian, a szkoła jest taką szansą. Ale nie wszyscy do szkoły chodzą. Choć mamy też spotkania z rodzicami i przemycamy tematy wiary i wychowania na spotkaniach, gdzie nie tylko katolicy przychodzą, to jednak nie wszyscy mają dzieci w naszej szkole. Dlatego zbliżający się wielki jubileusz odkupienia w 2033 roku będzie doskonałą sposobnością do przekazania pewnych treści wiary. Musi być dobrze przygotowany i na przyszły rok chcę by był pod kątem wiary, jej poznania i pogłębiania. Chcę, by przez kolejne miesiące była okazja do zastanowienia się co wiem, co realizuję, a co trzeba zmieniać. Taki ambitny plan - może coś z tego wyjdzie.
Moją główną motywacją pisania tego listu są zbliżające się Święta Bożego Narodzenia. Tak ważne
w Polsce, a tu to rozpoznawalne święto nie jest jednak ważniejsze od niedzieli. Bo jak przypada Boże Narodzenie w niedzielę to jest zdecydowanie więcej ludzi. A najgorzej jak poprzedza niedzielę, albo jest w poniedziałek = wtedy wybierają to, co im wydaje się ważniejsze i częściej niedziela wygrywa.
Drodzy przyjaciele misji Likumbi. Życzę Wam takiego przeżycia zbliżających się Świąt, by były przede wszystkim radością, a nie narzekaniem, że to już nie tak jak dawniej, że jesteśmy zagonieni i zagubieni wieloma rzeczami, że konflikty i może zbliżająca się wojna … przede wszystkim cieszmy się, że nie jesteśmy sami, bo sam Bóg tak zaufał nam, że przyszedł jako dziecko na ziemię, nie bał się być tak bezbronny i niewinny między ludźmi, którzy mogli i chcieli go zniszczyć od samego początku. Tak, więcej jest dobra, choć nie znaczy to, że więcej ludzi wierzy i dobrze, sprawiedliwie żyje. Bóg jest i choć Jego też boli, że tak wielu mu nie wierzy, to my wierzymy
i Boży pokój może w nas zamieszkać, jeśli tylko otworzymy i zaufamy mu. Wiele nam brakuje, ale nigdy tak nie miało być, by tu był Raj. Przygotowujemy się do życia przyszłego w Niebie więc życzę Wam zachwytu Bogiem, Jego Miłością i Zaufaniem do nas. Bądźmy Mu wierni do końca!
Bardzo dziękuję Wam za każdą pomoc. Modlimy się za Was i jak najlepiej wykorzystujemy Wasze ofiary. Naprawdę budujemy Boże Królestwo tu w Likumbi. W modlitwie Ojcze nasz czasem pomyślcie w czasie słów „przyjdź królestwo Twoje ...” że ono też przychodzi tu w Afryce dzięki Waszej ofiarności. Chcemy nie tyle dobrobytu na ziemi, co bogactwa Bożego życia w nas, niech więc te niezniszczalne wartości królują w Was i w Likumbi. Jesteście w naszych sercach codziennie, gdy modlimy się za naszych dobrodziejów.
Niech Nowy Rok 2026 będzie błogosławiony i choć pewnie nie zawsze będzie łatwy, ale czas jest po to, by być bliżej Boga w chwilach trudnych. Wtedy sprawdza się jak wierzymy i kochamy Pana.
Szczęść Boże!
Ks. Piotr Kołcz – misjonarz z Bożej łaski.
Masansa luty 2021 r.
Drodzy Przyjaciele
Jednym z częstszych pytań, jakie do mnie docierają z Polski jest pytanie o sytuację covidową. Generalnie takie informacje można znaleźć w Internecie. Ze swojej strony mogę tylko dodać, że liczba zakażeń w Zambii daleka jest od tych stwierdzanych w Polsce. Jednakże trzeba dodać, że liczba ludności nie sięga nawet połowy populacji Polski, a kraj jest dwa i pół razy większy od Polski, więc jest większe rozproszenie. Chociaż wypada zauważyć, że w liczbie ludności stolica Zambii Lusaka, przegoniła Warszawę, a na pewno znajdziemy w Zambii wiele miejsc, które są gęsto zaludnione. Obawy może budzić fakt, że o ile od marca do początku października ubiegłego roku ogólna liczba stwierdzonych przypadków ledwo przekraczała 15 tysięcy, to w pierwszych dniach lutego przekroczyła sześćdziesiąt tysięcy. Czyli kilkakrotnie wyższy przyrost niż w pierwszym okresie. Stąd też rząd zambijski stara się uwrażliwić ludzi na związane z wirusem niebezpieczeństwa. Nawet w Masansie odbyło się spotkanie, na które zaproszono przedstawicieli wspólnot religijnych, które tu się spotykają. Przemawiając do zebranych, urzędnik z Ministerstwa Zdrowia prosił, aby uwrażliwiać ludzi na przestrzeganie zasad, które mogą zahamować, a przynajmniej spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa.
Jak pisałem zaraz po przylocie do Lusaki, a potem już sam mogłem się przekonać, że obecna pora deszczowa jest bardzo obfita. Nasi rolnicy cieszą się z każdej słonecznej chwili, bo rośliny dla wzrostu potrzebują nie tylko wody, ale i słońca. Wody w tym roku jest pod dostatkiem. Zapowiadają się dobre plony.
Jedną z powszechnie uprawianych w Zambii roślin jadalnych są słodkie ziemniaki, czyli po bemba – kandolo. Jada się i bulwy, jak też odpowiednio przyrządzone liście, bo używa się ich również tutaj jako warzywo. Po prostu obrywa się część liści, kiedy jest taka potrzeba, a czasem nawet suszy się je na jakiś odpowiedniejszy czas. Wiedziałem, że nie jest to roślina wymagająca, ale dopiero teraz miałem okazję przyjrzeć się, jak nasz stróż nocny Pan SafeliKangwa przygotowywał miejsce pod ich zasadzenie, a następnie sadził, obok swojej stróżówki. No właśnie, nie bulwy, czy ich kawałki wsadza się do ziemi, tak jak robimy to z ziemniakami, ale do przygotowanych, takich jakby wałów ziemnych wkłada się po prostu kawałki odnóg urwanych z łodyg rosnących już roślin. Dalej będzie to już rosło osiągając ponad metr wysokości i tworząc oczywiście korzeniaste bulwy.
W Masansie wkroczyliśmy także w okres Wielkiego Postu. Środę Popielcową spędziłem poza Masansą, to znaczy odwiedzałem dwie stacje Tuyu i OldMkushi. Obie wyrażały wolę goszczenia księdza z Mszą świętą w ten dzień.
Do Tuyu jechałem prawie dwie i pół godziny, ale dotarłem na czas, czyli na 10.00. Jednakże w kościółku czekało niewielu ludzi. O godzinie 10.25 rozpoczęli Różaniec, a ostatecznie we Mszy świętej uczestniczyło niewiele ponad dwudziestu dorosłych i kilkoro dzieci, bo reszta była w szkole. Takim smaczkiem tej Mszy było, że kiedy ją zaczynałem, to popiół do poświęcenia i posypania był jeszcze w drodze, no ale dotarł we właściwym momencie.
Po Mszy świętej poproszono mnie o odwiedzenie chorego, niespełna półtorarocznego dziecka. Mama była z nim dzień wcześniej w lokalnym punkcie medycznym, ale pracująca tam pielęgniarka była w stanie zrobić jedynie test, który wykluczył malarię. Co było przyczyną wysokiej gorączki nie wiadomo. Zebrało się tam kilka kobiet z sąsiedztwa, aby okazać rodzinie solidarność w cierpieniu.
Po modlitwie udałem się do OldMkushi. Musiałem prowadzić bardzo wolno, ze względu na bardzo zniszczoną deszczami drogę, pełną głębokich kałuż, a właściwie czasem takich małych jeziorek. Kiedy dotarłem na miejsce nie było jeszcze nikogo. Dopiero o 14.50 nadeszli pierwsi dwaj parafianie, a kiedy o 15.00 zaczynał się Różaniec i spowiedź, to w kościele nie było nawet dziesięciu osób. Generalnie potem nie było nawet źle, bo Komunię przyjęło prawie 30 osób, to jednak jak na możliwości tej stacji, grubo poniżej oczekiwań.
Miałem wcześniej zamiar zanocować w OldMkushi, ale że wszystko poszło dość sprawnie i dochodziła dopiero siedemnasta, postanowiłem wracać do Masansy. Dojechałem i tak po zmroku, bo dobrze po 19-tej, ale za to udało mi się uniknąć innego niebezpieczeństwa. Mianowicie, przez całą noc padał bardzo obfity deszcz i podróżowanie rano po rozmiękłej błotnistej drodze byłoby jeszcze trudniejsze.
Pewno pamiętacie, że w Masansie od poniedziałku do piątku, a obecnie i w niedziele, pierwsza Msza jest odprawiana o godzinie 6.30. Stąd też i nasi ministranci muszą się bardzo mobilizować, aby być na czas. W sobotę ustalają na zbiórce porządek służenia na niedzielnych Mszach, ale w ciągu tygodnia nie są przypisani do poszczególnych dni. Przychodzi kto chce i może, bo na przykład niektóre klasy zaczynają naukę już o 7.30, więc nie byliby w stanie zdążyć do szkoły, jako że Msza w tygodniu, to zwykle pełna godzina, a czasem i dłużej. Problemem też jest, że niektórzy mieszkają dość daleko od kościoła. Zasada jest taka, że ci którzy chcą służyć muszą być odpowiednio wcześniej, aby zdążyli się przygotować. Jeżeli Msza jeszcze się nie rozpoczęła, ale jest za mało czasu na przebranie, to pozostają na kościele. Pewnego dnia, dwóch takich nieco starszych przyszło na tyle późno, że usiedli w ławce. Jednak po nich przyszedł jeden z najmłodszych i bez oporu wszedł do zakrystii, a jako że kandydaci zakładają jednie szarfę, był gotowy na rozpoczęcie Mszy. Każda obecność na Mszy jest zaznaczana, stąd miałem wątpliwości, czy mu ją zaliczyć. Poprosiłem więc tych dwóch starszych, którzy przyszli przed nim, a nie służyli, co oni o tym sądzą. Ci zaś wielkodusznie oświadczyli, aby mu zaliczyć. W sumie miłe.
Z darem modlitwy.
Ksiądz Marek
Masansa, 22 marzec 2016
Drodzy Przyjaciele
Na początku marca miałem okazję spędzić kilka dni w Namalundu ponad 400 kilometrów od Masansy, gdzie pracują nasi księża Wacław Stencel i Grzegorz Kaput. Parafia Bożego Miłosierdzia w Namalundu liczy już sobie ponad 25 lat, więc można powiedzieć, że osiągnęła całkiem dojrzały wiek. Dlatego też kościół w jakim modlą się tamtejsi parafianie nie odbiega swoim wyglądem i wyposażeniem od standardów europejskich.
Masansa, 05 wrzesień 2016
Drodzy Przyjaciele
Teraz już z Masansy, chciałbym Wam wszystkim bardzo serdecznie podziękować, za przeżyty z Wami czas i za wszystkie wyrazy wsparcia jakie z Waszej strony otrzymałem. Te duchowe i te materialne. Wszelkie spotkania z Wami były dla mnie niezmiernie ważne. Dzięki nim wiem, że tu w Zambii nie jestem sam, ale otacza mnie szeroki krąg współpracowników, bo wy też na swój sposób bierzecie udział w tej misyjnej pracy.
Masansa, Wtorek 5 września 2017
Drodzy Przyjaciele W Polsce powoli zapomina się o wakacjach. Żniwa też już pewno zakończone, w Masansie. również. Teraz nastał czas sprzedawania i wywożenia. Pora deszczowa była obfita, to też tutejsze uprawy obrodziły nieźle, ale za to ceny poszły drastycznie w dół. O ile w ubiegłym roku za 1 kilogram soi płacono 4 ZMK, to w tym tylko 2. Podobnie jest z kukurydzą, jej cena jest prawie o połowę niższa. Tak to bywa, kiedy jakiegoś produktu na rynku jest dużo cena idzie w dół.
Wtorek 10 października 2017
Drodzy Przyjaciele Jeśli zawitacie do Zambii w październiku nie będziecie mieli żadnych wątpliwości, że jesteście na kontynencie afrykańskim. Nie tylko ze względu na kolor skóry spotykanych tu ludzi, ale na temperaturę, która w tym czasie regularnie przekracza w południe 30 stopni Celsjusza. Jedynie poranki dają wytchnienie na bardzo krótki moment. Przed godziną 6.00, jest jeszcze rześko (czyli jakieś 23°C), ale półtorej godziny później czuje się nadchodzący upał. Wieczorami zaś ratunkiem jest weranda, bo w nagrzanym domu ciężko wysiedzieć.
Masansa, Środa 7 czerwca 2017
Drodzy Przyjaciele
W Masansie życie jak co dzień. Taka nasza szara, zwykła rzeczywistość. Właściwie nie szara, ale jeszcze zielona, choć ta zieleń powoli zaczyna już przysychać. Pora sucha ma swoje prawa. Robi się też niestety coraz chłodniej. Raz nawet już termometr o godzinie 6.00 rano wskazywał tylko 14 oC, a to jeszcze nie jest czas, kiedy jest najchłodniej. Za to dni są piękne. Błękitne niebo, słoneczko i nie cieplej niż 29 stopni Celsjusza.
W pierwszą Niedzielę po Wielkanocy przeżywaliśmy nasz odpust parafialny. W tym roku było skromniej niż przed rokiem, kiedy odwiedził nas ksiądz biskup Clement. Tu w Zambii raczej na odpusty nie zaprasza się gości, bo jak twierdzą to jest święto parafii i powinno się je przeżywać tylko we własnym gronie. Ze względu na odległości księża z dekanatu też nie przyjeżdżają. W weekendy wszyscy są zajęci we własnych parafiach. Poza tym jechać kilka godzin ponad sto kilometrów, aby zjeść obiad, czy kolację to się nikomu nie uśmiecha.
Z ważniejszych wydarzeń warto odnotować, że na ostatnią sobotę kwietnia, zostaliśmy jako księża dekanatu Kabwe – Północ zaproszeni do Serenje na spotkanie z nuncjuszem apostolskim w Zambii - arcybiskupem Julio Murat. Po uroczystej Mszy świętej, było krótkie spotkanie z księżmi, a potem już wspólne razem z przedstawicielami Rad Duszpasterskich wszystkich parafii, które na to spotkanie przybyły. Nasi parafianie byli bardzo przejęci możliwością spotkania się z przedstawicielem Ojca świętego, który pytał ich o główne wyzwania z jakimi mierzą się w swoich parafiach. Podsumowując: wyjechaliśmy przed wschodem słońca, wróciliśmy po zachodzie.
Nawiązując do podróżowania, kiedy jadę sam, lubię słuchać radia. Czasem zdarza się trafić na coś zaiste ciekawego. Niedawno wyjeżdżając wczesnym rankiem z Lusaki, od godziny szóstej do siódmej rano słuchałem jak na pewnej radiostacji reklamował się „prorok” – Senior Prophet Sunday – czyli Starszy Prorok Niedziela. Ktokolwiek dzwonił, pytał się tylko o imię i miejsce, z którego dana osoba dzwoniła, a odpowiedź jego była zawsze taka sama: „Tak, widzę twój problem! Musisz do mnie przyjść, a ja dam ci poświęconą wodę i pobłogosławiony olej! Woda jest za darmo, za olej jest mała ofiara.” Takich proroków można spotkać i w okolicach Masansy. Przychodzi facet z Pismem świętym w ręku i mówi, że jest prorokiem. Czasem nawet ma tak zwanych „naganiaczy”, którzy reklamują jego „usługi”. A wszystko niestety po to, aby od naiwnych ludzi, którzy są w trudnej sytuacji i szukają jakiejś pomocy, najzwyczajniej w świecie wyciągnąć pieniądze. Ci w okolicach Masansy, to zadowolą się nawet kurą, ten z Lusaki pewno był o wiele droższy.
W Zambii jest też kilka radiostacji katolickich. Najsłynniejsza to mająca swoją siedzibę w Lusace „Yatsani Radio” – czyli „Radio Światło”. Nadaje audycje także w lokalnych językach, ale podstawowym jest angielski. Są refleksje biblijne, katechezy. Rano każdego dnia jest transmitowana Msza święta, a o godzinie 15.00 Koronka do Bożego Miłosierdzia. Można też posłuchać angielskiej wersji audycji Radia Watykańskiego nadawanych dla Afryki. Minusem jest, że można jej słuchać tylko w Lusace i okolicach. Jakiś czas temu słuchałem katechezy o grzechu zazdrości. Zaproszony ksiądz przeanalizował temat bardzo biblijnie i teologicznie, przechodząc następnie do różnych odcieni zazdrości, a zakończył na destrukcyjnym wpływie zazdrości na ludzkie życie. Co mnie najbardziej zaskoczyło mówił też, jak bardzo zazdrość może rujnować ludzkie zdrowie, jak wielu chorób może ona być przyczyną, jak na przykład chorób serca. Nigdy w Polsce nie słyszałem, aby ktokolwiek w taki sposób podchodził do problemu grzechów, a przecież moralna strona naszego życia też oddziałuje na naszą fizyczność. Nie ulega wątpliwości, że odczuwanie zazdrości podnosi ciśnienie krwi, a co za tym idzie może prowadzić do chorób z tym związanych.
Na stacjach zdarza się, że po Mszy świętej odwiedzamy chorych. Czasem trzeba jechać dość daleko, a droga nie zawsze jest odpowiednia dla samochodu. Ksiądz Zenon przygotował, program – co i jak należy przygotować do Mszy świętej. Pierwszą pozycją jest miejsce na wpisanie dwóch chorych, których należało by odwiedzić. Bowiem zdarzało się, że po Mszy nam mówiono o chorych, a my nie mieliśmy już Ciała Pana Jezusa, bo konsekruje się tylko tyle ilu jest przyjmujących. Kiedy ostatnio odwiedzałem stację o nazwie Mapapa, poproszono o odwiedzenie dwóch osób. Zakonsekrowałem więc dwie hostie więcej. Pierwszym odwiedzanym był starszy, prawie już niewidomy mężczyzna. Drugą, odwiedzaną w następnej już osadzie, także podeszła wiekiem, bardzo słaba kobieta. Widząc, że jej stan jest naprawdę poważny, udzieliłem jej także sakramentu chorych. Kiedy już na koniec rozmawiałem z rodziną zauważyłem, że niedaleko siedzi także starszy mężczyzna, który okazał się mężem tej kobiety. Zapytałem się czy jest katolikiem i czy może przyjmować Komunię. Okazało się, że tak. Zapytałem więc, dlaczego mi o tym nie powiedzieliście, przecież również on mógł przyjąć Komunię świętą. Odpowiedzieli, że na programie jest miejsce tylko na dwóch chorych, więc myśleli, że Komunii dla trzeciego już nie można zgłosić. To świadczy o tym, jak bardzo prostymi ludźmi są w większości nasi parafianie.
Na koniec trochę humoru. Jeszcze w Wielkim Poście, był czytany fragment Ewangelii według św. Jana, kiedy Żydzi uważali, że Jezus nie może być Mesjaszem, a nawet prorokiem, bo „żaden prorok nie pochodzi z Galilei” (J 7,52). Zapytałem więc, czy rzeczywiście trudno było ustalić, skąd pochodził Jezus? Odpowiedź była krótka i zdecydowana: „Nie. Mogli wziąć Ewangelię i przeczytać, że Jezus urodził się w Betlejem”.
Z darem modlitwy.
Ksiądz Marek
P.S.
Radosnego przeżywania uroczystości odpustowej. Niech Boża Opatrzność czuwa nad Wami. Pozdrowienia od księdza biskupa Clementa.
Masansa, Wtorek 25 kwietnia 2017
Drodzy Przyjaciele
Zgodnie z panującym w Zambii zwyczajem Mszę Krzyżma odprawia się w kościołach katedralnych nie w Wielki Czwartek, ale w czwartek przed Niedzielą Palmową. Dzięki temu księża mogą przyjechać, odprawiać ją razem z biskupem, odnowić swoje kapłańskie przyrzeczenia i zabrać nowo poświęcone oleje do swoich parafii.
Może będzie to ważne dla Gaszowian, że ksiądz biskup Clement odprawiał Mszę Krzyżma w ornacie, który otrzymał w ubiegłym roku na odpuście w Gaszowicach. Zresztą niespodziewanie odwiedził nas w Masansie dwa dni wcześniej we wtorek i też wypytywał mnie o Gaszowice i polskich przyjaciół, których miał okazję poznać.
W piątek 7 kwietnia wcześnie rano, wyposażony w świeżo poświęcone oleje święte, wyjechałem z Masansy w rejon Old Mkushi, aby tam poprowadzić jeszcze w kilku stacjach rekolekcje wielkopostne i celebrować Triduum Paschalne. Nie zaczęła się ta wyprawa dobrze. Na pierwszej stacji czekało na mnie jedynie dwóch liderów i katechista, który opiekuje się tym rejonem. Po prawie godzinie zebrało się w sumie trzynaścioro dorosłych i kilkoro dzieci, które zresztą powinny były być w tym czasie w szkole. Rekolekcje jednak się odbyły i pojechałem do Old Mkushi, gdzie nasza parafianka Pani Agata zorganizowała mi na ten czas noclegi w tamtejszej klinice, gdzie pracuje jako pielęgniarka. Przygotowany został też harmonogram, kto i w jakie dni odpowiedzialny jest za przygotowanie posiłków, za przyniesienie (ciepłej) wody do mycia i muszę przyznać, że funkcjonowało to znakomicie.
Nawet, kiedy poprosiłem jedną z parafianek o wypranie koszul i spodni, to nie wzięła za to żadnych pieniędzy. Usłyszałem tylko, że muszą się o mnie troszczyć.
W sobotę 8 kwietnia, rekolekcje były w Cibombo, jednej z małych wspólnot chrześcijańskich należących do Old Mkushi. Drogą trzeba było jechać tam 33 kilometry. W tym przejechać w bród jeden na szczęście niewielki potok. Jest krótsza droga, ale teraz nie można jej użyć z powodu wysokiego poziomu wody w rzece Mkushi, bowiem tam również nie ma mostu. Pozytywnym zaskoczeniem Cibombo było, że czekało na nas ponad 90 ludzi i pokazali oni, że rzeczywiście traktują ten dzień rekolekcji na serio. W sumie wyjeżdżałem stamtąd około godziny 18-tej, kiedy już się ściemniało.
W Cibombo uczyliśmy między innymi o tym, że każdy grzech rani Boga. Jako przykład podałem kradzież. Zabierając Pismo święte jednemu z nich zapytałem, czy ten grzech jest tylko przeciwko właścicielowi tego Pisma świętego, czy też przeciwko Bogu. Odpowiedź była, że oczywiście przeciwko Bogu, bo przecież ukradziono Pismo święte. Musiałem więc poszukać innego przykładu.
Do Wielkiej Środy prowadziłem rekolekcje w kolejnych stacjach, a w Wielki Czwartek pojechałem do Kanyensha, jednej z naszych najbardziej oddalonych od Masansy stacji. Początek celebracji został wyznaczony na godzinę 16.00 i rozpoczęliśmy o czasie, co jak na lokalne warunki jest godne odnotowania. W Kanyensha w ubiegłym roku zmienili dach kaplicy na blaszany, dlatego też, kiedy wszedłem do środka, to tak jakbym znalazł się w piekarniku. Po Mszy z umyciem nóg dwunastu mężczyznom, rozpoczęliśmy adorację Najświętszego Sakramentu. Adoracje na stacjach w buszu są czymś kompletnie nieznanym, bo jak je celebrować, kiedy nie przechowuje się tam Ciała Pańskiego w tabernakulum. Jedynie bezpośrednio po Mszy można adorować Pana Jezusa, którego potem trzeba spożyć. Tak też robiliśmy już w czasie ubiegłorocznych rekolekcji, ale Pan Jezus był słabo widoczny. Był bowiem tylko w cyborium. Jednak podczas urlopu w Polsce kupiliśmy z księdzem Zenonem takie małe, bardzo proste monstrancje, które pozwoliły wyeksponować Ciało Pańskie. Tak więc adorowaliśmy Pana Jezusa w głębokim buszu przez dwie godziny, aż do 20-tej. Były wspólne śpiewy, modlitwy, nawet chwile modlitwy w ciszy. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, bo oni sami ją przygotowali. Później dowiedziałem się, że po raz pierwszy ksiądz ich odwiedził w Wielki Czwartek.
Kiedy adoracja dobiegła końca i wyszedłem na zewnątrz, zobaczyłem tak rozgwieżdżone niebo, jak można zobaczyć tylko w buszu, gdzie nie ma żadnych sztucznych źródeł światła. Trwało to niezadługo, bowiem kiedy wzeszedł księżyc część gwiazd znikła, za to zrobiło się całkiem widno.
W Kanyensha przenocowałem, bo nie było sensu wracać po nocy do Old Mkushi. Tym bardziej, że następnego dnia wielkopiątkowa liturgia odprawiana była na kolejnej stacji, która była po drodze.
W Wielką Sobotę w Old Mkushi o godzinie 9.00 miały rozpocząć się rekolekcje dla młodzieży. Jednakże nawet o 9.30 w kościele oprócz mnie i katechisty nie było nikogo. Około 9.45 jako pierwsi dotarli trzej ministranci. O godzinie 10.00, kiedy rozpoczynaliśmy Różaniec było już kilkanaście osób. Nie powiem, ta frekwencja nie była budująca, ale na szczęście liczba uczestników urosła do dwudziestu ośmiu. Humor poprawił mi się na koniec, kiedy był czas na pytania. Jest nadzieja, że niektórzy z tych młodych ludzi mogą w przyszłości wnieść wiele dobra w życie tej wspólnoty.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, dzieląc się wielkanocną radością.
Yesu Kristu nashukuka Alleluja Alleluja!
Ksiądz Marek Masansa 25.04.2017
P.S.
Kiedy kończyłem Wigilię Paschalną, podziękowałem mieszkańcom Old Mkushi, gdzie spędziłem ponad tydzień, za troskę o mnie. Okazało się, że nie jest dobrze chwalić dzień przed zachodem słońca. To, że mi nie przynieśli wody po liturgii, rozumiałem, bo skończyliśmy ją o 23.15. Natomiast w wielkanocny poranek, kiedy do 7.30 nie doczekałem się na wodę, wziąłem butelkę 0,6 litra wody mineralnej, która mi jeszcze została i poszedłem się myć. Naprawdę wystarczyło.
Masansa, 28 wrzesień 2016
Drodzy Przyjaciele
W Masansie na dobre zaczęła się sucha pora – gorąca (bowiem pora sucha dzieli się na zimną i gorącą). Około południa temperatura regularnie przekracza 30 o C. Nawet jak czasem powieje wiatr to i tak jest on bardzo ciepły i nie przynosi ulgi. Krótko mówiąc prawdziwa Afryka. Taka o jakiej czytało się za młodu w książkach.
Masansa, 14 październik 2015
Drodzy Przyjaciele
Pierwszy dzień października zastał mnie, tak samo jak w roku ubiegłym poza Masansą. Rok temu była to wielkomiejska parafia w Lusace, a w tym znalazłem się w Mukonchi. Miejscowości zdecydowanie mniejszej niż Masansa, gdzie zastępuję przebywającego na urlopie księdza proboszcza Grzegorza. Jak się łatwo domyślić z imienia, pochodzącego z Polski, z diecezji radomskiej. Dzięki temu, że w Masansie jest nas dwóch, w szczególnych sytuacjach możemy pomóc naszym kolegom, no bo jak można zostawić parafię na dwa miesiące bez opieki duszpasterskiej. Właściwie to nawet by można, bo chociażby jeszcze trzy lata temu w Masansie Msza święta była sprawowana raz na trzy miesiące, ale przecież duchowe życie parafii i jego wzrost czerpie swoją moc z sakramentów.
